Przegląd Spraw Międzynarodowych

Tybetański Region Nieautonomiczny

Tybet jest w Polsce tematem bardzo popularnym. Wszystkie ważne osobistości w kraju przy każdej okazji apelują o przestrzeganie praw człowieka w regionie. W stolicy naszego kraju powstało samozwańcze Rondo Wolnego Tybetu, a niezmiennym poważaniem cieszy się przywódca duchowy Tybetańczyków, Dalajlama XIV. Jednakże realna wiedza na temat sytuacji na tym obszarze jest znikoma. Ostatnia seria tragicznych samopodpaleń w proteście przeciwko chińskiej administracji skłania do refleksji nad genezą tego narastającego konfliktu.

Pomiędzy imperiami

Region Tybetu, od kiedy tylko zaczął pojawiać się we wzmiankach historycznych, prowadził zmagania o utrzymanie własnej niezależności. Jego nieszczęściem zawsze było położenie w strefie wpływów wielkich mocarstw, najpierw Imperium Mongolskiego, potem Cesarstwa Chińskiego, Imperiów Brytyjskiego i Rosyjskiego, a w czasach współczesnych – Chińskiej Republiki Ludowej. Sam tytuł duchowego przywódcy Tybetu, Dalajlamy, nadany został przez mongolskiego chana. Uzyskana w momencie upadku chińskiej dynastii Qing niezależność była więc skazana na porażkę. Moment osłabienia Chin minął wraz ze zwycięstwem komunistów w wojnie domowej, co więcej, zainteresowanie regionem po II wojnie światowej straciła Wielka Brytania. W konsekwencji 24 października 1951 roku rząd tybetański zaaprobował porozumienie, na mocy którego Tybet został wcielony do Chińskiej Republiki Ludowej. Mimo to, walki partyzanckie przeciw nowej władzy oraz nierespektowanemu porozumieniu trwały jeszcze długo. Ostatecznie, po upadku powstania w 1959 roku obecny XIV Dalajlama wraz z tysiącami mieszkańców wyemigrował z Tybetu i pozostaje do dziś na uchodźstwie.

Prześladowania czy przesada?

Obecny Tybet wciąż nie jest miejscem ustabilizowanym politycznie, a napięcia pomiędzy mieszkańcami a chińską administracją co kilka lat ożywają na nowo. 17 października bieżącego roku, w prowincji Ngaba we wschodnim Tybecie, około 20-letnia mniszka podpaliła się w okolicach klasztoru, wykrzykując slogany sprzeciwu wobec chińskiej okupacji Tybetu. Zmarła na miejscu. To dziewiąty taki przypadek w tym roku i piąty tylko w tym miesiącu, co ewidentnie świadczy o narastającej dramatyzacji sytuacji. Te tragiczne akty w większości wypadków skończyły się śmiercią bądź ciężkim okaleczeniem. Los jednego z protestujących wciąż jest nieznany, po tym jak został on pojmany przez chińskie służby bezpieczeństwa.

Czy obecna sytuacja w Tybecie jest aż tak tragiczna, aby te dramatyczne metody protestu były uzasadnione? W 2008 roku chińska armia świętowała 60. rocznicę „pokojowego wyzwolenia Tybetu”. Był to kolejny z elementów potężnej manipulacji historycznej, której nie sposób zaprzeczyć. Zajęcie Tybetu przez ChRL miało, i po dziś dzień w dużej mierze ma, charakter militarnej okupacji. Choć czasy „rewolucji kulturalnej” Mao Zedonga czy rządy tzw. bandy czworga, które odcisnęły krwawe piętno na Tybecie, mamy już dawno za sobą, nie znaczy to, że kwestia nierespektowania praw Tybetańczyków jest również zamkniętym rozdziałem. Jednakże sformułowanie jasnej i wiarygodnej relacji z obecnych wydarzeń w Tybecie jest niezwykle trudne. Z wielu tzw. niezależnych źródeł poświęconych tematyce Tybetu możemy dowiedzieć się o szokujących praktykach chińskich władz, takich jak zmuszanie kobiet do aborcji, sterylizacja, zsyłki do obozów pracy za posiadanie narodowej flagi, tortury czy masowe wykorzystywanie więźniów jako dawców organów. Problem z tymi informacjami jest jeden: są kompletnie niesprawdzalne. Wiele danych podawanych przez gorliwych obrońców Tybetu brzmi równie niewiarygodnie jak zapewnienia chińskich władz, iż wszystko jest w porządku. Niektórzy z nich posuwają się do oskarżania Chin o śmierć tysięcy ofiar powodzi w Tybecie. Jak? Administracja chińska dążąc do industrializacji kraju rozpoczęła wycinkę drzew, co rzekomo doprowadziło do zamulenia rzek, a to z kolei do zmniejszenia ich przepływu i licznych powodzi. Doprawdy zmyślny plan!

Mnisi-wojownicy

Czy oznacza to więc, że prawda o Tybecie leży gdzieś pośrodku? Tak i nie. Tak gdyż z całą pewnością  nie całe zło, które ma miejsce w Tybecie jest winą chińskiej administracji. Postępujący proces industrializacji jest w obecnych czasach konieczny dla gospodarczego rozwoju, mimo całego piękna idei życia w zgodzie z przyrodą. Tybet chcąc lub nie, będąc upośledzanym przez władze lub nie, zaczyna korzystać z bogacenia się ChRL. Jednakże fakt nieprzestrzegania praw człowieka, tłamszenia ruchu religijnego i politycznego oraz aresztowań na dużą skalę jest niepodważalny. Co więcej, właśnie po ostatnich zdarzeniach możemy wnioskować, iż przybiera on na sile. Skąd to zaognienie konfliktu w ostatnich kilkunastu miesiącach? Należy tu przypomnieć wydarzenia z 2008 roku, które zdają się być bezpośrednią podstawą obecnych tragicznych protestów.

10 marca 2008 roku, w 49. rocznicę anty-chińskiego powstania, po upadku którego Dalajlama ostatecznie opuścił Tybet, w Lhasie, stolicy regionu wybuchły zamieszki, które szybko rozprzestrzeniły się na inne większe ośrodki miejskie. Wystąpienia na początku miały pokojowy charakter, ale szybko pojawiły się wśród demonstrantów sfrustrowane grupy atakujące chińskie sklepy, banki czy budynki rządowe, co zintensyfikowało reakcję chińskiego wojska. W rezultacie tych zajść zginęło, w zależności od strony szacującej, od 20 do 200 osób, a wiele trafiło do aresztu. Kilkudziesięciu demonstrantów skazano na długoletnie więzienie.

Istotnym faktem jest udział w zamieszkach tybetańskich mnichów, którzy byli aktywnymi uczestnikami protestów, a klasztory nierzadko stawały się swoistymi centrami dla demonstrantów. To właśnie stało się podłożem dla nasilenia się antyreligijnej polityki chińskiej w Tybecie. Nastąpiła cała seria aresztowań, przeszukań klasztorów, konfiskat mienia itd. Chińska administracja wykorzystuje obecnie każdy najdrobniejszy pretekst do zamykania tybetańskich klasztorów, aby pozbyć się centrów ideologicznego i politycznego oporu wobec władzy. W obliczu przytoczonych faktów trudno się dziwić, że seria samopodpaleń związana jest właśnie z mnichami, którzy od 2008 roku są w nieoficjalnym stanie wojny z chińską administracją. Właśnie w marcu bieżącego roku zapoczątkowana została ta tragiczna tradycja, kiedy jeden z mnichów podpalił się w rocznicę zamieszek. Ta seria, która pochłonęła już niemal 10 ofiar odnosi dwojaki skutek. Z jednej strony osiąga zamierzony zapewne efekt, gdyż co chwilę ponownie zwraca uwagę świata na Tybet i problem praw człowieka. Jednocześnie jednak jedynie nakręca spiralę przemocy i nieufności, gdyż utrwala obraz tybetańskich klasztorów jako ośrodków nie religijnego kultu, lecz politycznego oporu i anty-chińskiej propagandy.

Przemoc prewencyjna

To wszystko nie odpowiada jednak bezpośrednio na pytanie dlaczego właśnie teraz sytuacja stała się tak napięta. Można podejrzewać, że w pewnym stopniu jest to sprawa lokalna, jako że osiem z dziewięciu podpaleń miało miejsce w regionie Ngaba. Pojawiają się jednak informację o innych zajściach, np. wybuchu bomby przed budynkiem rządowym w prefekturze Changdu, co świadczy o rozszerzaniu się protestów. O ile pierwsze podpalenie mogło być jedynie desperacką próbą jednego człowieka aby przypomnieć społeczności międzynarodowej o ofiarach rozruchów sprzed trzech lat, o tyle jego naśladowcy sprawili, że należy doszukiwać się tu głębszego procesu.

Kluczem jest tu mianowicie nieproporcjonalna reakcja władz chińskich na pierwsze podpalenie. Natychmiast po nim w rejon Ngaba wysłane zostały silne oddziały uzbrojonych jednostek policji, rozpoczęły się tymczasowe aresztowania, blokady dróg, przeszukania, cenzura internetu oraz komunikacji telefonicznej. Mnisi z pobliskiego klasztoru zostali przymusowo poddani programowi „patriotycznej reedukacji”. Do tej pory w Ngaba dostęp do internetu jest ograniczony, w rejon miasta nie są wpuszczani dziennikarze ani zagraniczni obserwatorzy, a przekazywanie jakichkolwiek informacji zagranicznym źródłom jest zakazane.

W takich warunkach desperacja młodych mnichów z klasztoru, żyjących w ostatnich miesiącach w stanie ciągłej obawy przed represjami, jest zrozumiała i można jedynie ubolewać nad jej tragicznymi skutkami.

Końca nie widać

Czy istnieje jakieś rozwiązanie tego konfliktu? Oczywistym jest, że w obecnych politycznych realiach koncepcja całkowitej niezależności Tybetu jest czymś niemożliwym. Chiny nie zrezygnują z władzy nad Tybetem nie ze względów ekonomicznych czy nawet ideowych, ale prestiżowych. Dlatego też Centralna Administracja Tybetańska nigdy nie zgłasza takich żądań. To nie znaczy jednak, iż w Tybecie nie istnieją tendencje separatystyczne. Istnieją i niejednokrotnie są podsycane właśnie przez młodych mnichów i klasztory, wbrew zaleceniom samego Dalajlamy. Innym absurdem byłoby jednak oskarżanie Tybetańczyków o sprowadzenie na siebie takiego losu. Mają oni pełne prawo do oporu przeciw chińskiej okupacji, zarówno militarnej jak i kulturowej. Otwarty konflikt jednak doprowadziłby z całą pewnością do ostatecznego końca kultury tybetańskiej. Jedyną szansą dla niej jest walka z chińskim ekspansjonizmem na jego własnych warunkach, nie dawanie chińskim władzom pretekstów do niewspółmiernych i łamiących wszelkie prawa reakcji. Klasztory i mnisi, powinni za przykładem duchowego przywódcy Dalajlamy XIV być ośrodkiem mądrości, rozsądku i umiarkowanej polityki. Ośrodkiem dialogu i szukania kompromisu, do którego Chińska Republika Ludowa byłaby zmuszona, gdyby została jej wytrącona z ręki karta reagowania na opór „radykalnego elementu” w społeczeństwie tybetańskim.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

  • Facebook