
Choć Meksyk i Stany Zjednoczone ze względów geograficznych są sobie bardzo bliskie, to wiele spraw je dzieli. Zwłaszcza ostatnio ich relacje nie należą do najlepszych. Czy marcowa wizyta Felipe Calderona w Waszyngtonie będzie skutkowała poprawą stosunków między sąsiadami?
Ubiegły rok 2010 był niezwykle trudny dla administracji Felipe Calderona. Okazał się najbardziej krwawym od momentu wypowiedzenia wojny kartelom narkotykowym. Mimo starań rządu, liczba ofiar tej meksykańsko-meksykańskiej batalii stale rosła. Od 2006 roku przekroczyła już 36 tysięcy osób. Prezydent w pocie czoła musiał więc zmagać się z falą krytyki jego działań w Meksyku. Stany Zjednoczone skutecznie jednak odciągały uwagę prezydenta od spraw wewnętrznych. Największe rozdrażnienie we wzajemnych stosunkach przyniosła nowa ustawa imigracyjna Arizony. W świetle jej zapisów odpowiednie władze amerykańskie mogłyby zatrzymać każdego, kogo podejrzewałyby o nielegalne przebywanie w kraju. Prezydenci Calderon i Obama solidarnie potępili ustawę. Na szczęście dla Meksykanów, najbardziej kontrowersyjne zapisy zostały później zablokowane przez sędzię federalną Susan Bolton. Choć oba państwa ściśle współpracowały w celu rozwiązania problemu narkobiznesu, dało się odczuć, że klimat panujący w relacjach pomiędzy nimi, nie sprzyja kooperacji. Pełno było oskarżeń, docinków, złości. Wydawało się, że skazane na siebie ze względów geograficznych Stany Zjednoczone i Meksyk wchodzą w ciężką fazę separacji. Wydarzenia pierwszych miesięcy 2011 roku potwierdziły tę tezę.
Kości niezgody
Felipe Calderon jest niezwykle czuły na krytykę płynącą z północy. Gdy różne kręgi zarzucają mu nieskuteczność, zastanawiają się, czy o Meksyku można mówić jako o państwie upadłym, prezydent reaguje bardzo energicznie. Podkreśla, że jego kraj ma problem z narkobiznesem, ponieważ leży obok najbardziej uzależnionego od narkotyków kraju na świecie. Z pewnością kłopoty Meksyku w dużej mierze determinowane są przez czynnik geograficzny. Konsumpcję samej tylko kokainy w Stanach Zjednoczonych twórcy World Drug Report 2010 szacują bowiem na ok. 165 ton. Przestępcy dostrzegli przydatność Meksyku jako kraju tranzytowego. Według władz USA około 90% kokainy trafiającej na rynek przekracza granicę meksykańsko-amerykańską. Calderon oskarża także Stany Zjednoczone o zbrojenie gangsterów. Twierdzi, że większość broni używanej przez bandytów pochodzi właśnie zza północnej granicy. To wszystko powoduje, że stosunki między sąsiadami mają w sobie coś z relacji między parą zmęczonych sobą małżonków. Podejmują wiele działań, aby rozwiązać problem. Nie są jednak odnośnie nich w pełni przekonani. Wciąż wzajemnie się oskarżają o źródło nieporozumień, zamiast poświęcić całą energię, by położyć im kres.
Stosunki między Stanami Zjednoczonymi a Meksykiem dawno nie były tak napięte jak w pierwszych miesiącach bieżącego roku. Szczególnie destrukcyjne dla tej relacji były wydarzenia, które rozegrały się w połowie lutego. Amerykański agent imigracyjny Jaime Zapata został zamordowany przez meksykańskich gangsterów. Zabójstwo wywołało ogromne oburzenie w USA. Eksperci twierdzili, że incydent może mieć negatywny wpływ na stosunki między sąsiadami, jeśli okaże się, że przedstawiciele amerykańskich władz zostali zabici umyślnie. Nie można było mieć całkowitej pewności, że zostali oni odpowiednio zidentyfikowani przez przestępców. Gangsterzy, którzy dokonali ataku, zostali wkrótce aresztowani. Według BBC Julian Zapata Espinoza, jeden z mafiozów, powiedział żołnierzom, że otworzył ogień, gdyż myślał, że samochód, którym przemieszczali się agenci, należy do konkurencyjnego gangu. Jak wykazało dalsze śledztwo, broń użyta przez przestępców, pochodziła z Teksasu.
Ogromne oburzenie Felipe Calderona wywołały przecieki opublikowane przez demaskatorski portal Wikileaks. Zgodnie z ujawnionymi dokumentami amerykański ambasador w Meksyku Carlos Pascual krytykował posunięcia meksykańskiej administracji w sferze walki z narkobiznesem. Dyplomata opisywał armię jako nieefektywną, skorumpowaną i polegającą wyłącznie na amerykańskiej pomocy. Podkreślał ponadto, że koordynacja między określonymi władzami nie jest na wystarczającym poziomie, aby efektywnie walczyć z problemem. Smaczku sprawie dodaje fakt, że według „Reutersa” Pascual ostatnimi czasy zaczął spotykać się z córką ważnego członka opozycyjnej Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej. W marcu ambasador złożył rezygnację.
Spokój po burzy
Pomimo niezbyt sprzyjającej atmosfery, Felipe Caldern na początku marca udał się do Waszyngtonu. Media szczególną uwagę zwróciły na porozumienia dotyczące dopuszczenia meksykańskich ciężarówek na amerykańskie drogi. Spór w tej kwestii trwał od ponad 20 lat. Ciężarówki z Meksyku mogły przekraczać granicę z USA na mocy Północnoamerykańskiego Porozumienia o Wolnym Handlu (NAFTA). Przez lata jednak Amerykanie odmawiali im dostępu ze względu na ich rzekome niedostosowanie do przepisów odnoszących się do bezpieczeństwa i środowiska. W 2009 roku prezydent Obama zawiesił program pilotażowy uruchomiony jeszcze przez administrację George’a W. Busha. W zamian rząd meksykański nałożył restrykcje na część dóbr pochodzących z USA. W trakcie konferencji prasowej prezydenci ogłosili, iż wreszcie doszli do porozumienia w tej kłopotliwej kwestii. Negocjatorzy nadal pracują nad dokumentem, który wiosną ma trafić do Kongresu. Z pewnością jest to dobry krok w kierunku poprawy relacji. Niektórzy eksperci wątpią jednak, aby dalsze działania zostały podjęte jeszcze w tej kadencji prezydenckiej.
Pomimo obaw, że wizyta będzie tylko okazją ku dalszej eskalacji oskarżeń, obyło się bez wzajemnych docinków. Barack Obama chwalił Calderona za jego odwagę w konfrontacji z kartelami i obiecał dalszą pomoc w walce z narkobiznesem. Prezydent Meksyku unikał zaś oskarżania Amerykanów o współodpowiedzialność za meksykańskie kłopoty. Powołał się także na pamięć zabitego amerykańskiego agenta. Powiedział, że ta śmierć powinna być bodźcem do zjednoczenia sił w celu zaprowadzenia stabilności w regionie. Później okazało się, że wizyta Calderona przyniosła również inne skutki, o których prezydenci woleli jeszcze nie mówić.
Wujek Sam pomaga
Stany Zjednoczone udzielają Meksykowi sporej pomocy w walce z narkobiznesem. Inną sprawą jest to, że okazuje się ona nie całkiem skuteczna. Amerykanie szkolą meksykańską policję, dostarczają uzbrojenie, sprzęt techniczny. Pomoc szacuje się w miliardach dolarów. Inicjatywa Merida, program, który został zapoczątkowany przez administrację George’a W. Busha jest kontynuowany przez jego następcę. Jego celem jest szeroko rozumiana walka z przestępczością zorganizowaną. W przeciwieństwie do poprzedniej, nowa administracja kładzie jednak większy nacisk na pozamilitarne metody walki z narkobiznesem. W połowie marca meksykański rząd ogłosił, że zaangażowanie USA poszerzone zostanie o kolejną sferę. Terytorium Meksyku będzie patrolowane przez amerykańskie samoloty bezzałogowe. Faktycznie, tego typu samoloty mają ogromne zalety. Mogą badać ogromny obszar i są jednocześnie praktycznie nie do zauważenia. Wkrótce okazało się, że pierwsze loty rozpoczęły się już w lutym. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Samoloty przyczyniły się podobno do pojmania zabójców amerykańskiego agenta. Ich zastosowanie jednak było objęte tajemnicą. Prawdopodobnie prezydent Calderon obawiał się oskarżeń, że zastosowanie tego typu uzbrojenia będzie godziło w suwerenność Meksyku. W kraju zdominowanym długo przez sąsiada, niezależność to bardzo czuły punkt. „New York Times” zwraca także uwagę, że problem stanowiła również meksykańska konstytucja, która nakłada ograniczenia na działania zagranicznych sił zbrojnych na terenie kraju.
Mimo to na spotkaniu w Waszyngtonie prezydenci obu państw zgodzili się na kontynuowanie misji. Wydaje się, że jest to dobra decyzja. Tego typu współpraca może usprawnić wymianę informacji między stronami i przyczynić się do skuteczniejszej walki z mafią.
Na straconej pozycji?
Jeśli przyjrzeć się danym i wszelkim doniesieniom z Meksyku, można odnieść wrażenie, że walka z narkobiznesem nie daje żadnych efektów. Narkotyki są wciąż przemycane do USA, liczba ofiar narkoguerilli stale się powiększa. Faktycznie, użycie jedynie militarnych rozwiązań z pewnością nie wystarczy do zwycięstwa. Nawet jeśli kartele narkotykowe zaczną dotkliwie przegrywać, przeniosą swoją działalność do pobliskich państw Ameryki Środkowej. Mimo że nie graniczą one bezpośrednio ze Stanami Zjednoczonymi, perspektywa słabszego oporu władzy może być dla gangsterów zachęcająca. Przez długie lata strategia walki USA z narkobiznesem opierała się na przeniesieniu jej do państw, w których jest on problemem. Administracja Baracka Obamy, choć poczyniła pewne zmiany, zdaniem ekspertów nadal wpisuje się w tę koncepcję. Amerykanie muszą położyć większy nacisk na redukcję zapotrzebowania na narkotyki w Stanach Zjednoczonych. Powinni także rozważyć wprowadzenie pewnych ograniczeń na zakup broni. Dopiero wtedy walka z kartelami ma szanse na powodzenie. Niektórzy twierdzą jednak, że wojna z narkobiznesem jest niczym syzyfowa praca. W związku z tym coraz częściej pojawiają się głosy twierdzące, że jedynym rozwiązaniem problemu jest legalizacja narkotyków.
Relacje między Stanami Zjednoczonymi a Meksykiem raz są cieplejsze, a raz ulegają gwałtownemu ochłodzeniu. Z wizyty Felipe Calderona w Waszyngtonie wynika jednak, że obie strony rozumieją, że są dla siebie niezbędne. Wydaje się, że pomimo sporów, kłótni i wzajemnych oskarżeń nigdy nie dojdzie do rozwodu. USA są świadome, że nie mogą pozostawić sąsiada bez pomocy, gdyż niestabilny Meksyk jest istotnym wyzwaniem dla ich bezpieczeństwa. Ze względu na wszelkie zaszłości, należy jednak stwierdzić, że w dającej się przewidzieć perspektywie ich miłość nadal pozostanie niezwykle trudna.
Karol Wasilewski
Napisz do autora: kwasilewski@notabene.org.pl
Ubiegły rok 2010 był niezwykle trudny dla administracji Felipe Calderona. Okazał się najbardziej krwawym od momentu wypowiedzenia wojny kartelom narkotykowym. Mimo starań rządu, liczba ofiar tej meksykańsko-meksykańskiej batalii stale rosła. Od 2006 roku przekroczyła już 36 tysięcy osób. Prezydent w pocie czoła musiał więc zmagać się z falą krytyki jego działań w Meksyku. Stany Zjednoczone skutecznie jednak odciągały uwagę prezydenta od spraw wewnętrznych. Największe rozdrażnienie we wzajemnych stosunkach przyniosła nowa ustawa imigracyjna Arizony. W świetle jej zapisów odpowiednie władze amerykańskie mogłyby zatrzymać każdego, kogo podejrzewałyby o nielegalne przebywanie w kraju. Prezydenci Calderon i Obama solidarnie potępili ustawę. Na szczęście dla Meksykanów, najbardziej kontrowersyjne zapisy zostały później zablokowane przez sędzię federalną Susan Bolton. Choć oba państwa ściśle współpracowały w celu rozwiązania problemu narkobiznesu, dało się odczuć, że klimat panujący w relacjach pomiędzy nimi, nie sprzyja kooperacji. Pełno było oskarżeń, docinków, złości. Wydawało się, że skazane na siebie ze względów geograficznych Stany Zjednoczone i Meksyk wchodzą w ciężką fazę separacji. Wydarzenia pierwszych miesięcy 2011 roku potwierdziły tę tezę.



